Grażyna wyszła za mąż późno (według jej matki – w wieku trzydziestu jeden lat). Ale tak się złożyło, mimo że Grażyna nie była brzydka – szare oczy, lekko kręcone włosy do ramion, miły uśmiech.
— Trzeba było wcześniej szukać męża, a ty ciągle się uczyłaś i skromniałaś. A twoje koleżanki wybrały sobie najlepszych kandydatów — narzekała Jadwiga Krawczyk, matka Grażyny — a teraz co zostało, to i bierzesz. Nie podoba mi się twój adorator Janusz. Wydaje się prosty, rodzice ze wsi, a pychy – co niemiara… Co to za jeden?
Janusz rzeczywiście miał trudny charakter – władczy, zarozumiały i nietolerancyjny. Ale wyszło to na jaw dopiero po ślubie. Na początku trzymał fason, pięknie się zalecał, dawał kwiaty i był uważny.
A gdy minął pierwszy romantyczny okres młodego małżeństwa, mąż zaczął pokazywać charakter, zuchwale robiąc Grażynie uwagi z byle powodu, nawet nie zastanawiając się, że surowym, mentorującym tonem może ją urazić. Ale Grażyna starała się, chciała ocalić rodzinę, słuchała męża, pracowała w instytucie projektowym, była szanowana w pracy, a w domu wszystko ogarniała, a Janusz tylko marszczył brwi i wyładowywał na niej swój zły humor.
Urodził im się Antek, a gdy chłopiec zaczął chorować i nie spać po nocach, Janusz jeszcze bardziej się odsunął, przenosząc się do drugiego pokoju, żeby go nie niepokojono.
Kiedy Antek miał cztery lata, rodzice rozwiedli się. Grażyna, zmęczona charakterem męża, zdecydowała się sama wychowywać syna, a Janusz z łatwością, która zraniła Grażynę najbardziej, zgodził się na rozwód. Jak później wyszło, miał już do kogo pójść. Na szczęście Janusz szybko wyprowadził się z drugą żoną do innego miasta, i Grażynie było lżej, przynajmniej nie groziło spotkanie byłego na ulicy…
Całą swoją czułość Grażyna przelała na jedynego Antka.
— Grażynko — mówiła jej nieraz matka — jesteś jeszcze młoda, ładna, wyszłabyś za mąż, albo chociaż jakiegoś przyjaciela sobie znalazła…
Ale Grażyna nie słuchała Jadwigi i pilnie pracowała, aby zapewnić synowi wszystko, co potrzebne. Oszczędzała na wszystkim, żeby uzbierać Antkowi na edukację i na ślub, sobie odmawiając wszystkiego. Alimenty od męża były bardzo skromne.
Antek rósł, dobrze się uczył, w liceum chodził na korepetycje, żeby przygotować się na studia. Grażyna zaraziła go swoją profesją, a on, kończąc naukę, już wiedział, że matka załatwiła w swoim instytucie, żeby go przyjęli do pracy.
— Właśnie ja niedługo przejdę na emeryturę, a ty przyjdziesz do nas jako młody specjalista! Dyrektora namówiłam. Zna naszą rodzinę od dawna i obiecał cię wziąć… — cieszyła się Grażyna.
Antek wrócił do domu i od razu zaczął pracować w instytucie projektowym, gdzie przez wiele lat pracowała jego matka.
— Postaram się cię nie zawieść! — przytulał matkę — a ty już wkrótce odpoczniesz… Zmiana pokoleń!
Za rok Grażyna przeszła na emeryturę, właśnie skończyła pięćdziesiąt pięć lat, a w tym czasie Antek znalazł sobie dziewczynę Bożenę. Była to miła blondynka o pełnych kształtach i zgrabnych nogach. Antek był zakochany po uszy, a para przygotowywała się do ślubu.
Grażyna cieszyła się z syna. Jedno ją martwiło – pogarszający się stan matki. Jadwiga skończyła już osiemdziesiąt lat i co chwila pod jej blok podjeżdżała karetka. Grażyna to mieszkała u matki w dni jej szczególnego osłabienia, to znów spieszyła do siebie, ale codziennie odwiedzała matkę, przynosiła jedzenie, kupowała leki, a matka wypytywała o młodych, o pogodę i o zdrowie samej Grażyny.
— Odejdę wkrótce, córeczko — mówiła Jadwiga — a boli mnie serce o ciebie. Nie o Antka, on nie sam, ma żonę. Oni zdrowi, młodzi, silni. A ty całe życie Antka wychowywałaś, ciągnęłaś, uczyłaś, jeszcze na ślub uzbierałaś, i na samochód mu daliście pieniądze. Wszystko na niego. Sama nie wyszłaś za mąż, ani nad morze, ani na wczasy nie pojechałaś… Żal mi ciebie. A ja już drugi rok choruję, znów na twoich rękach.
— Co ty, mamo, nie żałuję niczego… Antek, tak, to moje światło w oknie… — zaczęła Grażyna.
— Właśnie, że światło w oknie, a tak nie powinno być. Rozpieściłaś go… Po ślubie minęło pół roku, a u mnie ani razu nie byli… Wiedzą, że jestem chora, na krawędzi grobu… Może już się nie zobaczymy… I do ciebie nie zaglądają. Czy to w porządku? — martwiła się babcia.
— Co ty, mamo, mają miodowy okres. Nie mają do nas czasu. Poza tym pracują… — Grażyna broniła syna i synową.
— Nie — pokręciła głową Jadwiga — źle mówisz. Matka jest matką. I ileś ty dla niego zrobiła… Nie można zapominać. Ani w smutku, ani w radości… Rozpieściłaś go jednak…
Grażyna milczała. Potem zadzwoniła do Antka i poprosiła, żeby przyszedł do babci, bo czuje się źle.
Antek przyszedł z żoną, posiedzieli u Jadwigi pół godziny, wypili herbatę i pośpieszyli do domu. Mieszkali u rodziców Bożeny, w domku jednorodzinnym.
Zmarła babcia. Grażyna płakała, żałowała matki, żałowała trochę i siebie. Słowa matki coraz częściej słyszała w długie wieczory, gdy siadała sama przy oknie, wspominając, jak o tej porze wracał jej syn z pracy, a ona nakrywała do stołu, wymieniali się nowinami… A teraz jest sama.
Ale Grażyna wzięła się w garść i poszła pracować do przedszkola, ku zdziwieniu wszystkich znajomych.
— Masz wyższe wykształcenie, a będziesz myć podłogi? W wieku emerytalnym… — mówiły sąsiadki, a ona odpowiadała: — Nic to. Całe życie przy stole, nad rysunkami. Trzeba się też poruszać. Moja mama w młodości pracowała jako wychowawczyni w przedszkolu, lubiłam do niej po szkole wpadać…
Grażyna miała niewielką emeryturę, wszystkie oszczędności wydała na syna. Choć przywykła żyć skromnie, teraz zapragnęła trochę więcej swobody finansowej. Praca oczywiście zabierała siły i czas, ale Grażyna na pewno się nie nudziła. Ponadto za namową sąsiadki poszła z nią na zajęcia do chóru ludowego w domu kultury, i tak jej życie stało się o wiele ciekawsze.
Grażyna zajmowała się sobą także dlatego, że starała się nie niepokoić Antka i Bożeny, aby nie przeszkadzać im w życiu osobistym, choć bardzo ją bolało, że syn nie tylko nie przychodził do niej, ale nawet dzwonił bardzo rzadko, i tylko w sprawach.
Nieraz Grażyna płakała wieczorami, oglądając album z dziecięcymi zdjęciami syna. Aby nie tęsknić tak bardzo, wydrukowała w zakładzie fotograficznym swoje ulubione zdjęcia z synem, gdzie byli razem, w dużym formacie, oprawiła w ramki jak obrazy i powiesiła w całym mieszkaniu.
Często przystawała przy zdjęciach i dotykała twarzy syna, uśmiechała się. Czasem wydawało jej się, że on odwzajemnia uśmiech. Potem było oczekiwanie na telefon i radość, gdy syn czasem wpadł na herbatę, żeby wziąć jakieś swoje rzeczy lub buty.
Antek zwykle nie bawił długo u matki. Nawet nie od razu zauważył zdjęcia w ramkach. A gdy w końcu je zobaczył, przystanął, spojrzał na matkę i zdziwiony spytał:
— Co cię naszło, że je powiesiłaś?
— Tak jakoś… — zawahała się Grażyna — jestem już niemłoda, więc wspominam te dawniejsze, najzłotsze czasy, kiedy byłeś mały…
Antek kiwał głową i uciekał do żony, nie do końca rozumiejąc „dziwactwa” matki. A Grażynie jakby matka z nieba pomagała. Pojawił się też u Grażyny znajomy z chóru.
— No, Grażynko, u nas było tylko trzech facetów w zespole, a ty jednego zabrałaś. My przez tyle lat nie mogłyśmy go omotać, a ty w mig się w nim zakochałaś! — śmiały się otwarcie chórzystki — co znaczy – nowa!
Wszyscy się śmiali, a sam „zakochany” Mikołaj całował Grażynę w rękę, odprowadzając ją po próbie do domu.
Grażyna nie brała poważnie takiej przyjaźni i pobłażliwie, życzliwie przyjmowała zaloty sześćdziesięciopięcioletniego solisty. A on był uparty i dosłownie ubóstwiał Grażynę, przywiązując się do niej duszą.
— Grażynko, pani nawet nie wie, jak przy pani dobrze. I mądra, i umie słuchać, i spokojna, i taka piękna.
— Już dobrze, dobrze… Nie trzeba mnie więcej chwalić, bo stanę się zarozumiała. Wierzę, o panu mogę powiedzieć to samo. Poza tym jest pan tak utalentowany! Powinien pan występować na dużej scenie.
— Od dawna chciałem rzucić koncerty. Śpiewać można i w domu, przy stole w święta, moje dzieci słuchają mnie z przyjemnością. Ale przyszedłem do zespołu dziesięć lat temu, bo owdowiałem i wieczorami nie mogłem wytrzymać samotności. A tu – utalentowany prowadzący, występy, małe święta – nasze spotkania. A teraz już nigdzie nie odejdę, chcę być z panią.
Grażyna wracała do domu i znów patrzyła na zdjęcia, wzdychając. Antek nadal dzwonił rzadko, a zastąpić tych rozmów nie mogło ani śpiewanie, ani praca, ani życzliwi znajomi.
Ale znosiła to i cieszyła się rzadkimi wizytami syna. Dopiero ostatnio zaczął napomykać, że dobrze by było sprzedać mieszkanie babci, aby pomóc im z Bożeną w kupnie własnego lokum.
— Źle się dogadujesz z jej rodziną? — zaniepokoiła się Grażyna.
— Nie, dobrze, ale Bożena chce osobne mieszkanie — zawahał się Antek.
— To proszę bardzo, wprowadzajcie się i mieszkajcie, choćby jutro! — powiedziała Grażyna synowi. — Nieduże dwupokojowe mieszkanie z wielkiej płyty wystarczy wam na razie jako młodej parze.
— Naprawdę? — rozpromienił się Antek — jesteś najlepszą mamą na świecie! Lećę powiedzieć Bożenie. Mamy własne mieszkanie!
— Chwileczkę, synku. Mieszkanie pozostanie moje — powstrzymała go Grażyna — na nikogo go na razie nie przepiszę. A wy żyjcie zgodnie i urodźcie mi wnuki.
Antek wyszedł. I wkrótce z żoną wprowadził się do przytulnego mieszkanka babci. Jak prosiła matka, za rok urodziła im się córeczka, na radość całej rodzinie, a zwłaszcza rodzicom.
Grażyna już odeszła z pracy, zrozumiawszy, że teraz czas poświęcić wnuczce, a także sobie, żeby być zdrową. Jej adorator, Mikołaj, był tak uparty, że w końcu namówił Grażynę na wspólne zamieszkanie i zostali parą, mieszkając w dwóch mieszkaniach.
Grażyna przyzwyczaiła się do roli babci i żony, i tylko dziwiła się, jak szybko zmienia się jej życie w ostatnim czasie. Dziękowała Mikołajowi za „drugą wiosnę”, a on nie przestawał cieszyć się swoją miłością i dziękować losowi za takie spotkanie.
U młodej rodziny też było dobrze. Antek stał się bardziej uważny na matkę i coraz częściej ją odwiedzał. Pewnego dnia zaczął rozmowę o zamianie mieszkań.
— Będziemy mieli drugie dziecko, mamo — zaczął.
— Tak, wiem, i bardzo się cieszę — uśmiechnęła się Grażyna.
— Bożena prosi, żebym z tobą porozmawiał, żebyś przeniosła się do mieszkania babci, a my – tutaj, do tego. Jest większe, o dziesięć metrów kwadratowych więcej, przedwojenna kamienica. Z dwójką dzieci będzie nam tu wygodniej…
— A dlaczego Bożena zawsze prosi przez ciebie, a sama milczy? — uśmiechnęła się Grażyna — wie, że nie mogę ci odmówić? A czemu ona nie namówi swoich rodziców, żeby zamieszkali w mieszkaniu babci, a wam oddali ich przestronny domek? Przecież jest jedynaczką! Byłoby dzieciom raj!
Antek poczerwieniał i wyszedł. A Grażyna nie spieszyła się z radością dla syna. Ona też przywykła do swojego mieszkania. Każda drobnostka była pod ręką, wszystko na swoim miejscu, swojskie i obyte, z zamkniętymi oczami znalazłaby nawet igłę…
I wtedy przypomniały jej się słowa matki: „Rozpieściłaś go, Antka, oj, rozpieściłaś…” I Grażyna postanowiła nie ponaglać. Urodziła się druga wnuczka, dodając wiele miłych obowiązków całej rodzinie. Dziewczynki rosły zgodnie, mieszkały w jednym małym pokoju, a w weekendy przychodziły w odwiedziny to do babci Grażyny, to do babci i dziadka ze strony Bożeny. Tam miały przestrzeń i w ogrodzie z altanką, huśtawkami i owocami.
A Grażyna z Mikołajem zaczęli mieszkać razem, w jej mieszkaniu, a jego mieszkanie wynajmowali, aby mieć więcej środków na życie. Lubili chodzić do teatru i jeździć na małe, jednodniowe lub dwudniowe wycieczki, dlatego też postanowili się sprowadzić.
I dopiero po dwunastu latach, gdy Mikołaj odszedł, Grażyna przeniosła się do mieszkania matki, które było też mieszkaniem jej dzieciństwa.
— Skończone, synku, bierzcie nasze mieszkanie, mieszkajcie tam, a mnie już małe wystarczy — powiedziała synowi — najeździłam się, naśpiewałam, będę teraz siedzieć w domu, czekać na wizyty dziewczynek i was też. Mam nadzieję, że mnie nie opuścicie…
Syn przytulił matkę i pomógł jej przenieść się do rodzimych ścian, robiąc tam drobny remont.
Grażyna nie zmieniła niczego w wystroju mieszkania, tylko powiesiła na ścianach te duże zdjęcia syna, mamy i swoje z młodości. Na stoliku stał portret Mikołaja…
— Oto jesteśmy wszyscy razem — uśmiechała się Grażyna jasno i spokojnie, patrząc na ukochanych ludzi na fotografiach — czegóż mi jeszcze trzeba? Rodzinne ściany i ciepło moich najbliższych.
Wnuczki odwiedzały babcię. Dziewczynki lubiły u niej nocować, w swoim zwykłym pokoiku, gdzie wciąż stały ich łóżka, i długo im nie milkły rozmowy przeplatane śmiechem i żartami.
— No, dziewczynki, pora spać! — komenderowała babcia z dużego pokoju — sroczki… Jutro wcześnie wstać. Serniczki będę was uczyć robić. Bo niedługo panny młode. Egzamin z gotowania sama wam urządzę!







