Było to dawno temu. Na dwa tygodnie przed tamtym wyjazdem służbowym pokłócili się. Porządnie. Tak, że kot Mruczek przezornie zaszył się Bóg wie gdzie, żeby nie wpaść pod gorącą rękę.
***
– Zbyszek, kup mi kwiaty. Tak po prostu. Bez okazji.
– A okazja? – zapytał, nie odrywając wzroku od telefonu.
– Ja. Ja jestem okazją.
Zbyszek pomyślał: „W sumie czemu nie? To racjonalne”. Poszedł do sklepu. Wrócił po dwudziestu minutach z dużą torbą. Grażyna uśmiechnęła się, zajrzała do środka. Wyjęła główkę kapusty. Świeżą, jędrną, białą.
– To są kwiaty? – zapytała cicho.
– To kapusta. Kwiaty kosztują pięćdziesiąt złotych i więdną. Kapusta – pięć. Z niej przez trzy dni można robić surówkę.
– Zbyszek.
– Co?
– Jesteś idiotą.
– Jestem twoim idiotą.
Nie odzywała się do niego przez trzy dni. Nie rozumiał, czym ją uraził. Ona nie wyjaśniała. Potem wyjechał w delegację. Do Wrocławia. Powiedział:
– Praca, nic osobistego.
Grażyna pomyślała: „Nic osobistego – to o nas”.
Wyjechał na dwa tygodnie.
Ona została z dwójką dzieci, kotem, wiecznym praniem, szkołą, przedszkolem, nieodmienną jajecznicą na śniadanie.
I z Messengerem.
Tam pisali do siebie…
Dzień pierwszy.
On: „Dotarłem. Pokój przygnębiający. Jutro negocjacje”.
Ona: „Brawo. Kot zjadł karmę i przez godzinę darł się o dokładkę”.
On: „Kto jest dzielny? Ja czy kot?”
Ona: „Kot”.
Dzień drugi.
On: „Fotka śniadania. Fotka hotelu. Fotka kolegi Maćka, który chrapie w pokoju obok”.
Ona: „Ślicznie. U nas cieknie kran. Woda leci. Wezwałam hydraulika. Nie przyszedł”.
On: „Dzwoń do administracji”.
Ona: „Zadzwoniłam. Powiedzieli, że przyślą w ciągu trzech dni”.
On: „To palanty”.
Ona: „Palant to ten, kto wyjechał do Wrocławia”.
Dzień trzeci.
On: „Jak dzieci?”
Ona: „Syn przyniósł dwójkę, córka nie chce jeść kolacji. Jestem zmęczona”.
On: „Trzymaj się”.
Ona: „Dzięki. Nie trzymam się. Upadam”.
Dzień czwarty.
On: „Dziś w galerii widziałem ogromnego pluszowego zająca. Chciałem kupić córce, ale bałem się go targać do samolotu”.
Ona: „Nigdy nie bałeś się targać rzeczy do samolotu. Bałeś się wydać dodatkowe pieniądze”.
On: „Rozgryzłaś mnie”.
Ona: „Rozgryzłam cię już na pierwszej randce, jak zamówiłeś herbatę bez cukru i powiedziałeś, że słodycze szkodzą”.
On: „A ty wtedy zamówiłaś ciastko i zjadłaś je sama, nie częstując mnie”.
Ona: „Bo powiedziałeś, że to niezdrowe”.
Dzień piąty.
On: „Dzisiaj zasnąłem na negocjacjach. Serio. Zamknąłem oczy i na sekundę odpadłem. A kiedy otworzyłem, wszyscy patrzyli”.
Ona: „Wyleją cię?”
On: „Mam nadzieję. Jestem zmęczony”.
Ona: „Ja też jestem zmęczona”.
On: „Może męczmy się razem, ale w różnych miastach?”
Ona: „Męczmy się razem, ale w domu. Kiedy wracasz?”
On: „Stęskniłem się”.
Ona: „Ja też”.
Przez chwilę milczał. Potem napisał: „Wiesz, właśnie zrozumiałem, że nie tęsknię za domem. Tęsknię za tobą. Za tym, jak rano pijesz kawę i krzywisz się, bo jest gorąca. Za tym, jak besztasz kota, a potem mu współczujesz. Za tym, jak się śmiejesz, kiedy syn opowiada kawały”.
Nie odpowiedziała. Przeczytała tę wiadomość pięć razy. Potem się rozpłakała. Bo nigdy nie pisał takich słów. Przez piętnaście lat małżeństwa – ani razu. Był materialistą, pragmatykiem, człowiekiem, który mówi „kocham” tylko na urodziny, i to po przypomnieniu. A tu – o kawie, o kocie, o kawałach. Jakby ktoś włamał mu się do telefonu. Albo doznał olśnienia.
Dzień szósty.
Ona: „Byłeś wczoraj pijany?”
On: „Nie. Całkiem trzeźwy”.
Ona: „To skąd takie słowa?”
On: „Bo się stęskniłem. To jak alkohol – mózg się wyłącza, język się rozwiązuje”.
Ona: „Porównałeś miłość do alkoholu?”
On: „Porównałem miłość do uczciwości. Czasem, żeby być szczerym, trzeba być lekko pijanym. Albo bardzo samotnym”.
Ona: „Jesteś samotny? Przecież tam masz kolegów”.
On: „Koledzy to nie ty. Nie wiedzą, że boję się ciemności i śpię przy lampce. Ty wiesz. I nigdy się nie śmiałaś”.
Ona: „Śmiałam się. Raz. Kiedy powiedziałeś, że boisz się ciemności, bo może tam być Mruczek”.
On: „Mruczek to potwór. Robi kupy do kapci. To przerażające”.
Ona: „Jesteś idiotą”.
On: „Jestem twoim idiotą”.
Dzień siódmy.
Obudziła ją wiadomość. Napisał o czwartej nad ranem: „Nie śpię. Myślę o tobie. Wyobrażam sobie, jak spotykamy się na lotnisku. Będziesz w tej niebieskiej sukience, którą kocham. Ja będę z kwiatami. Przytulimy się, a ja powiem: „Przepraszam, że jestem jaki jestem”. A ty zapytasz: „Jaki?”. A ja powiem: „Milczący”. A ty powiesz: „Przyzwyczaiłam się”. A ja powiem: „To źle”. A ty powiesz: „To życie””.
Nie odpowiedziała. Po prostu włożyła niebieską sukienkę. A był dopiero siódmy dzień, a lotnisko miało być za tydzień.
Dzień ósmy.
On: „Dziś byłem w zoo. Sam. Patrzyłem na małpy. Są podobne do naszych współpracowników – robią miny, rzucają jedzeniem, udają szefów”.
Ona: „Sam poszedłeś do zoo? Mając czterdzieści lat?”
On: „A co? Mam prawo do dzieciństwa. W końcu mi pozwalasz”.
Ona: „Pozwalam. Tylko rób zdjęcia”.
Przysłał zdjęcie. Małpa robiła minę. On też. Zaśmiała się w głos. Dzieci przybiegły: „Mamo, co się stało?”. „Tata się wygłupia”. „On zawsze się wygłupia, jak nas nie ma”. „Tak. Szkoda, że tego nie zauważamy”.
Dzień dziewiąty.
On: „Wiesz, pomyślałem sobie. Pamiętasz, jak się poznaliśmy? Wypadła ci portmonetka w metrze, ja podniosłem. Powiedziałaś: „Jest pan bardzo spostrzegawczy”. Ja powiedziałem: „A pani jest bardzo ładna”. Potem poszliśmy na kawę”.
Ona: „Do dziś pamiętam, że zamówiłeś herbatę bez cukru”.
On: „A ty ciastko”.
Ona: „Do dziś je pamiętam. Było pyszne. Z wiśnią”.
On: „A ja pamiętam, jak na mnie patrzyłaś. Jakbym nie był tylko facetem z metra, tylko całym życiem”.
Ona: „Byłeś całym życiem. I nadal jesteś. Tylko czasem zapominam”.
On: „Też czasem zapominam. Ale teraz nie zapominam”.
Dzień dziesiąty.
Nie napisał ani słowa. Od rana do wieczora – cisza. Dzwoniła – nie odbierał. Pisała – nie odpowiadał. Zaczęła panikować. Wyobrażała sobie najgorsze: spadł, zachorował, potrącił go samochód. Kot chodził za nią po mieszkaniu i domagał się karmy. Dzieci prosiły o bajki. Ona myślała o nim.
O jedenastej wieczorem przyszła wiadomość: „Przepraszam. Rozładował mi się telefon. Zapomniałem ładowarki w hotelu. Cały dzień szukałem nowej. Znalazłem u Maćka. Dał mi, ale wziął słowo, że już nie zasnę na negocjacjach. Jak u ciebie?”
Ona: „Martwiłam się. Myślałam, że umarłeś”.
On: „Żyję. Tęsknię. Wkrótce wracam”.
Ona: „Za trzy dni”.
On: „Za trzy dni. Przyjedziesz na lotnisko?”
Ona: „W niebieskiej sukience”.
On: „Ja z kwiatami”.
Ona: „Umowa stoi”.
Dzień jedenasty.
On: „Kupiłem prezenty. Synowi klocki, córce zająca, tobie szalik”.
Ona: „Nie umiesz wybierać szalików. Ostatnio przywiozłeś różowy, a ja nie noszę różowego”.
On: „To nie jest różowy. To spłowiała róża”.
Ona: „Spłowiała róża to też różowy”.
On: „To kolor zachodu słońca nad Wrocławiem”.
Ona: „Jesteś poetą?”
On: „Jestem księgowym. Ale dla ciebie mogę zostać poetą”.
Ona: „Nie trzeba. Kocham cię jako księgowego. Masz czytelne pismo i wszystko się zgadza”.
Dzień dwunasty.
On: „Jutro wylot. Czekaj”.
Ona: „Czekam”.
On: „Denerwujesz się?”
Ona: „Nie”.
On: „Ja się denerwuję. Jak wtedy, pierwszy raz”.
Ona: „Za pierwszym razem zakrztusiłam się ciastkiem, a ty poklepałeś mnie po plecach. Było niezręcznie”.
On: „A mnie było miło. Dotknąłem cię”.
Dzień trzynasty. Spotkanie.
Stała na lotnisku. W niebieskiej sukience. Z dziećmi. Kota oczywiście nie wzięli – zrobiłby awanturę. Patrzyła na tablicę przylotów. Jego samolot miał godzinę opóźnienia. Piła kawę, dzieci grały na telefonach. Myślała: „Dlaczego napisał o kawie? Dlaczego o małpach? Nigdy taki nie był. Może naprawdę zakochał się na nowo? Albo to po prostu delegacja – odcięcie od codzienności, od dzieci, od przypalonej jajecznicy? Może w domu znowu zamilknie, zapyta o kapustę i zniknie w laptopie?”
Wyszedł z hali przylotów. Z kwiatami. Ogromny bukiet. Nie widziała takich od niego – tylko na ślubie, a wtedy bukiet wybrała teściowa.
Podszedł, przytulił, pocałował. Powiedział:
– Przepraszam, że jestem jaki jestem.
Ona:
– Jaki?
On:
– Milczący.
Ona:
– Przyzwyczaiłam się.
On:
– To źle.
Ona:
– To życie.
On:
– Nie. To przyzwyczajenie. Będę się zmieniać.
Ona:
– Nie trzeba. Kocham cię takim, jaki jesteś. Nawet z kapustą.
On:
– Kapusta była błędem.
Ona:
– Kapusta to przeszłość. A kwiaty to teraźniejszość.
Pojechali do domu. W taksówce trzymał ją za rękę. Dzieci zasnęły. Kot przywitał ich w progu, obwąchał kwiaty, kichnął i poszedł do kuchni.
Włożyła kwiaty do wazonu. On schował laptop do szuflady. Powiedział:
– Dziś nie pracuję. Dziś jestem tylko twój.
Ona:
– A jutro?
On:
– Jutro jestem twój z laptopem. Ale dziś – bez.
Zamówili pizzę, pili wino, oglądali film. Głupi film o miłości. Ona się śmiała, on ją przytulał. Kot siedział obok i domagał się kiełbasy.
– Zbyszek – powiedziała.
– Naprawdę się zmienisz?
– Nie wiem. Ale spróbuję.
– A jeśli ci się nie uda?
– To będziesz mi pisać „jesteś palantem”. A ja będę pisał „tęskniłem za twoimi nogami”.
Roześmiała się.
– Jesteś idiotą.
– Jestem twoim idiotą.
Dopili wino, dojedli pizzę. Położyli dzieci. Kot zasnął w fotelu. Grażyna spojrzała na męża.
– Wiesz, ja też tęskniłam. Nie za tobą – za nami. Za tymi, kim byliśmy na początku. Wesołymi, głupawymi, bez kredytu i bez kapusty.
– Kapusta to symbol mojej głupoty. Już nie kupię kapusty.
– Kupuj. Tylko razem z kwiatami.
– Umowa stoi.
Objęli się i zasnęli. Na kanapie. Bo łóżko już zajął kot.
Rano poszedł do pracy. Z laptopem. Pocałował ją i powiedział „kocham”.
Wieczorem nie zapomniał o kwiatach. Wstąpił do kwiaciarni i poprosił:
– Poproszę coś niedrogiego, ale takiego, żeby żona się uśmiechnęła.
Ekspedientka zaproponowała stokrotki. Wziął.
Grażyna włożyła je do wazonu. Kot obwąchał, kichnął i wyszedł.
I tak było każdego dnia.
I to cała historia. Zwykła. Prosta. Momentami niezdarna, nawet głupia. No i co z tego? Miłość często brzmi głupio. Ale to nie znaczy, że jej nie ma.







